Pingwin kieszonkowy
August 28, 2009
Opowiadanie Trumana Capote pt “Miriam” sprawiło, ze stałam się Czytaniem. Trwalo to dokładnie na odcinku pomiędzy Gants Hill i Hackney Wick a jeszcze dokładniej pomiędzy:
For several years, Mrs. H.T.Miller had lived alone in a pleasant apartment (two rooms with kitchenette) in a remodeled brownstone near the East River.
a
‘Hello’, said Miriam.
Bardzo sie ucieszyłam, bo dawno mi się coś takiego nie przydarzyło. Zamknęłam ksiażke i dopiero wtedy pojawiła się pierwsza myśl:
Co takiego jest w tej białowłosej dziewczynce, że tak hipnotyzuje ludzi?
Inną kwestią nawiazującą do tematu jest kwestia jajek-niespodzianek czyli tzw. Kinder Ueberraschung. Zabawka ze środka cieszy dziecko jak mało co innego. Rozszarpywanie papierka, pieczołowite zżeranie czekoladowej powołoki i w końcu otwarcie kapsułki z miniaturowa figurką wydaje się czynnością zupełnie zawieszoną w czasie, na zawsze swieżą. Życie zabawki jest krótkie ( jeden wieczór?), ale za to bardzo intensywne. Następnego ranka plastikowa łódeczka czy śmiejąca się owca jest juz zupełnie wypalona i martwa. Potykamy się o nią na dywanie i w końcu któreś z nas bez żalu wyrzuca ją do śmieci.
Naprawdę nieczęsto staję sie siedząca żabą. Tym badziej cieszy, gdy się przydarza bez wysiłku.
kościół
May 31, 2009
Schodze po schodach i cos tu sie dzieje, cos jest inaczej. Skrobanie pazurkow i bebnienie dziubkow w blache wiaty przykrywajacej cala szerokosc pierwszego peronu stacji. Na dziubki i pazurki nalozono gruchanie – dudniace, bo dobywajace sie z setek miniaturowych gardzielek i tak doniosle, ze na twarzach podroznych oczekujacych na pociag jadacy w kierunku zachodnim wymalowalo sie cos na ksztalt przyjaznej ignorancji pomieszanej z szacunkiem. Przypomnialo mi to zachodzenie do kosciolow na palcach w trakcie mszy i podziwianie chylkiem gotyckich witrazy przy podkladzie muzycznym organ i modlitw dobywajacych sie z ust setek kleczacych.
Tak wiec na peronie pierwszym wsrod czekajacych na pociag cicho jak makiem zasial. A na gorze: skrzydlata modlitwa.
kurtyna
March 23, 2009
Biała nadżerka słonca wciska nam się do sypialni i zaraz potem pod powieki. Wnika w rożową tkankę snu i zostawia ja nadgryzioną, pogrążaną w niepewności, rozmazaną, bladą.
Poźniej, gdy już jadę pociągiem, ta biala nażderka wciaz wisi nad torami, nad rzeką, nad miastem. Ulice i chodniki, przechodnie, rowerzysci, skwery, parki i cala ta nasza krzątanina zamiera mi na chwile na źrenicy boleśnie oślepiona białym kółkiem słonca.
Wypadam z białosci pomiędzy szóstą a siódmą wieczorem. Zanurzam się z innymi w Ulicę a tam stragany i muzyka. Nie ma wolnych miejsc, żeby usiaść i się napić. Za chwilę się zrobi złoto i purpurowo, więc trzeba się spieszyc. Wycofujemy się z tłumu i w wąskiej uliczce znajdujemy kilka pustych stołow i ktos, chyba barman, podaje nam w końcu chłodne szklanki. Pijemy wolno i uważnie, słuchamy opowieści o miłości, która gaśnie powoli gdzieś pomiędzy szaleństwem a smutkiem. I nagle wszystko się zmienia: powietrze robi sie lekkie i rożowawe, a na twarzach i stołach osiada sie złoto. Jak nowi ludzie wychodzimy na inna już zupelnie ulice i tak bardzo chce nam sie jesc.
Wracam do domu z resztkami zlota pod paznokciami. Nad miastem kurtyna w kolorze indygo. Wciąż jestem głodna.
mesjasz
February 18, 2009
Jedni pomagaja ludziom, drudzy zwierzetom a R. pomaga roslinom.
Father Guy byl w posiadaniu P. przez dlugie lata, zdaje sie jeszcze od czasow studiow. Niestety, nadmierne podlewanie i zbyt ciasna donica niemal wyprawily go na tamten swiat. Wreszcie P. wystawila go na klatke schodowa, aby przy najblizszej okazji zawiezc go winda do zsypu. Cale szczescie przechodzil tamtedy moj R., ktory niezwlocznie zabral go do nas, dal mu nowej ziemi i duza, pekata donice. Father Guy wystrzeli w gore i jak teraz tak na niego patrze, to powraca mi wiara w cuda.
To samo bylo z Ivy. Przy okazji zakupow R. zgarnal z B&Q doniczke z wyschnieta na pieprz lodyga i nalepiona na nia plastikowa czerwona cena ‘30p’. Ja oczywiscie od razu, ze darowaliby sobie te cala zenade i wywaliliby to od razu do kubla, bo oto wlasnie znalazl sie wariat, ktory to to niesie do domu. No bo na moje oko to zycia tam zadnego ani troche nie bylo. Nawet o zyciu pozagrobowym mowy byc raczej nie moglo. Ale R. sie uparl. Przelozyl lodyge do swiezej ziemi, zabronil dotykac i co wieczor przez pare tygodni rozmawial z nia szeptem. I co? Po miesiacu Ivy wypuscil listki i lodyzki i zaczal isc w prawo, poczym skrecil w lewo. Trudno mi powiedziec dokad aktualnie zmierza, ale na pewno nie zabladzi. I z pewnoscia ma wieksza wiare w siebie, niz ja mialam w niego i w mojego R.
Aktualnie R. prowadzi prace ozdrowiencze nad naszym postmodernistycznym drzewkiem bozonarodzeniowym. Czekam z niecierpliwoscia na kolejny cud.
nic innego
January 22, 2009
Dwudziestego pierwszego grudnia w godzinach wieczornych zawinelismy do portu w Miescie Swiatel.
Droga z portu do osady okazala sie prosta, szeroka i obsadzona egzotyczna dla naszych oczu roslinnoscia – palmami daktylowymi i krzewami pomaranczowymi. Ksiezyc, obrazy pelne tajemniczych zapachow i dzwiekow leniwie przesuwajace sie wzdluz drogi i my zamknieci w kolorowych bankach naszych mysli.
Wysiedlismy u stop Zamczyska – nie pomyslalabym, ze bedziemy mieli tyle szczescia. To dumne Zamczysko, o ktorym tyle slyszelismy, bylo teraz na wyciagniecie reki i patrzylo na nas posepnie z gory i jakby z niedowierzaniem, ze oto my, bladoskorzy przybysze, przyszlismy tu, aby zlozyc mu poklon. Pozniej okazalo sie, ze to tylko nam sie tak wydawalo, bo zamczysko rano calkiem zmienilo charakter na przyjacielski i zapraszajacy. A wszystko to za sprawa slonca rozplaszczonego na nieskonczonych lazurach nieba i wody.
Na gorze, na najwyzszym punkcie zamku jest Studnia. Dotarlismy tam w samo poludnie dwudziestego drugiego grudnia na drzacych od wysilku nogach. Tak, to wlasnie ten punkt, gdzie Jedno i Drugie nie staja sie Trzecim. Ani niczym innym.
“all them”
November 9, 2008
Slowianie wygladaja na zmeczonych zyciem. I takich wiecznie czyms zatroskanych, zafrapowanych. Nie oznacza to bynajmniej, ze nie sa aktywni. Sa i to jak najbardziej! Cos tam wiecznie kombinuja i zalatwiaja, cos tam kalkuluja. A potem spac w nocy nie moga (to pewnie stad to cale zmeczenie).
Slowianskie kobiety i slowianscy mezczyzni maja wyblakle spojrzenia i wlosy. Ich ubrania sa dwojakiego rodzaju – paradne na specjalne okazje i zwykle (te ostatnie tak samo zmeczone jazda porannym autobusem i niewyspaniem jak ich wlasciciele). Kobiety slowianskie maja piekne glosy, niestety, ich piesni sa zawsze niewyslowienie smutne i nostalgiczne. Opowiadaja w nich przeciez o tych wszystkich przejsciach i zejsciach na tak zwane manowce. O zlowieszczych pokuszeniach i odwadze z jaka musza kroczyc przez zycie. Kobiety slowianskie to chodzace elegie. Mezczyzni slowianscy natomiast sa jakby niedokonczeni, naszkicowani zbyt cienkim olowkiem. Ciezko cokolwiek na ich temat powiedziec przez to ich cale zmeczenie.
Inne plemiona uwazaja Slowian za lud zlowieszczy. Nie podobaja im sie wizje czytane z wosku w ciemna noc listopadowa ani to, ze kto usiadzie na rogu stolu, nigdy nie wyjdzie za maz. No i te swieczki co to je zawsze pala 1 Listopada.
ni pies ni wydra
October 17, 2008
Zauwazylam cos. Zreszta nie tylko to. Inne rzeczy tez. Absolutne drobiazgi.
A propos mysli na przyklad. Zaczelam tworzyc ich systematyke. Wlasna systematyka na potrzeby jak najzupelniej wlasne i z licznymi niedociagnieciami (jak w przypadku Morfologii Snu).
Mysli dziela sie na dywizje, czy tez bataliony. Bo one nigdy nie wystepuja pojedynczo, tylko zawsze jedna, zwarta kolumna. Najciezsza ich dywizja to tak zwane mysli-Szmaty. Ich batalion moze nie jest najliczniejszy, ale za to sila razenia okrutna. Bron biologiczna. Niekiedy nawet wystarczy, ze sie jedna szmata przyklei do mozgu i sie jej pozbyc czlowiek nie potrafi – na sile trzeba taka odrywac razem z kawalkami krwawiacej tkanki. Mozna tez poprosic o pomoc specjaliste, zeby podal stosowny lek albo elektrowstrzas… Jezusie Nazarenski, zeby tylko nie trafic na takiego, ktory przemieni nas w zombie…
Kolejny zastep to tak zwane Karaluchy. Mysli natretne, wredne, wciskajace sie kazda szpara, najmniejsza luka w systemie, komplikujace zycie i powodujace bezsennosc. Te wlasnie sa najbardziej podstepne, bo po pierwsze niby calkiem niewinne, a po drugie wydaje sie, ze zupelnie, ale to zupelnie nie ma na nie rady. Cale szczescie dziala na nie niezawodny i stary jak swiat sposob na karaluchy – zapalic swiatlo i patrzec jak uciekaja, jak leca na pysk, przewracaja sie na schodach i w koncu znikaja pod ziemia. Niestety, nadal trzeba byc czujnym, bo Karaluchy moga siedziec w ciemnych kanalach latami i tylko czekaja na sposobnosc, zeby znow przypuscic szturm.
Dywizja najblizsza cialu i najbardziej ruchliwa – tak zwane Przyjaciolki. Przyjaciolki zawsze sie czegos domagaja no i nadaja calodobowo (chyba, ze Szmaty akurat totalnie sabotuja system). A wiec audycja o tym, co bedzie dzis na kolacje, czy jest jeszcze jakies mleko w lodowce i czy i-Pod juz sie w koncu naladowal. Ze przystojny ten caly Hiroyuki Sanada – az boli. I ze popoludniowy, niemiecki film war sehr gut und sehr behruehrend. A w ogole, to dlaczego ja mysle po niemiecku do cholery?! Ach, tak – zapomnialam zabukowac bilet do Berlina! Teraz to juz pewnie bedzie za pozno… I tak dalej, i tak dalej. I.
I wreszcie najmniej grozna, ale za to najliczniejsza dywizja: Muszki, ktore powstaja z niczego. Czasem moze z przelkniecia sliny, kichniecia czy pierdniecia, a czasem z tego, ze nagle zapachnialo pelargonia albo jakimis dawno zapomnianymi perfumami. Albo z kawalka nagle uslyszanej piosenki: “Morza szum, ptakow spiew (…)” i juz sie czlowiek zastanawia, jakie to ptaki moglbyby byc i jak nic mu wychodzi, ze nie chybi, tylko mewy i ze ni cholery mewy spiewac nie potrafia… Co najwyzej skrzeczec.
Londyn, 2007
***
“Swoja droga, słownictwo mi ubożeje chyba polskie na angielskiego rzecz, bo się staje ni pies ni wydra”. wstrzasajacy.blog.pl
interview
September 23, 2008
Mystery Girl
August 23, 2008
Mystery Girl przybyla znikad. Od lat mieszka w pudelku i ma wszystko gdzies. Spi.
Przez wieksza czesc roku Mystery Girl zywi sie platkami kwiatow. Jej ulubione to pachnace slodko platki akacji i wysuszone na sloncu fioletowe bratki. Za to w sierpniu zaczyna sie pora darow. Kolo Matki Boskiej Zielnej zaczynamy jej znosic mlode kasztany i kiscie jarzebiny, a we wrzesniu dorzucamy platanowe kulki, zoledzie i orzechy wloskie (te ostatnie Mystery Girl szczegolnie sobie upodobala). Wciskamy jej to wszystko pod poduszke i szybko zamykamy pudelko, zeby nie draznic swiatlem wrazliwych spojowek.
W czarne noce listopadowe podsluchujemy ja, jak szelesci buczynowymi skorupkami i ustawia orzechy wdluz scianek pudelka. Mosci sobie poslanie i ziewa raz za razem. W koncu ze srodka rozlega sie chrapanie – slodkie i ociezale, az kleja nam sie od niego powieki. Jedno po drugim, po omacku, udajemy sie do lozek. Pod poduszkami znajdujemy ziarenka maku i galazki jemioly. Cienie makowek majacza na scianach.
W sandałach sunę po Akademii.
July 13, 2008
Czternascie monumentalnych galerii od sufitu do podlogi scisle wypelnionych dzielami sztuki nowoczesnej – Wystawa Letnia na Krolewskiej Akademii Sztuk. Jasne, nie da sie tego wszystkiego wchlonac tak po prostu i nikt by sie pewnie tego zadania nie podjal. Obieram wiec metode swobodnego zawieszenia sie w przestrzeni i czekania: sune powoli wzrokiem po powierzchniach, czasem sie pochyle, czasem zapuszcze zurawia albo i sie nawet nad czyms zamysle. Generalnie zas zdrowo szuram sandalami o parkiety. No i czekam.
Predzej czy pozniej uslysze jakby szelest, slabe kwilenie, zazwyczaj w prawym uchu, albo jakby ktos skrobal paznokciem o naprezone plotno. Zatrzymuje sie, po czym szybko sune w sandalach w kierunku, z ktorego dobiega ow dzwiek. Czasem musze przejsc solidnych paredziesiat metrow, przemierzyc cala dlugosc sali, rozpedzajac tlumy odwiedzajacych, zanim dotre do delikwenta. Wczoraj nie bylo tak zle – wyraznie uslyszalam trzy glosy szepcace miedzy soba i naradzajace sie nad czyms ponurym. Obrocialm sie na piecie i juz wiedzialam: Dark Event.
Ana Maria Pacheco, Dark Event – Plate VII
I w taki to oto sposob odnajdje w tym calym gaszczu moich wlasnych, prywatnych zwyciezcow kolejnych wystaw. Albo to raczej oni mnie odnajduja.
Zwyciezca numer dwa byl pies – usmiechniety rotweiler na tle czerwonego, akrylowego nieba (Linda Delyth Ellis Gresham, Red Sky At Night). Zaszczekal na mnie i zakochalam sie w nim bez pamieci. Nawet moze byloby mnie na niego stac, ale jednak jak zwykle przyziemnosc zwyciezyla (patrz odkurzacz, szafki, stol i council tax).
Do tego wszystkiego wszedzie dookola puszyly sie pawie, flamingi i nieisniejace nieloty ze smutno zwieszonymi glowami albo tesknie patrzace w niebo z powyginanych galezi. Ach, nie udalo mi sie zrozumiec ich swiergotow, treli i wrzaskow. Z tego wlasnie powodu R. dostal ode mnie zlecenie na rajskiego ptaka – moze od tego skrzydlatego przybysza uda mi sie czegos dowiedziec. Ma sie tutaj pojawic wkrotce.
***
Dle zainteresowanych:
http://www.anamariapacheco.co.uk/
http://www.royalacademy.org.uk/exhibitions/summer-exhibition/
