Czasami przypominają mi się najbardziej dziwaczne, zdawało by się, mało istotne przedmioty. Dzisiaj, na przyklad, pod prysznicem przypomniała mi się żyłka wędkarska nawinięta na szpulkę o pięknym kolorze aqua. Żyłka owa pałętała się po domu mojego dzieciństwa przez lata, wędrowała z jednej szuflady do drugiej, poprzez szafki kuchenne, pomocniki i skrzynki z narzędziami. Zaczęłam się więc zastanawiać i kombinować, myjąc plecy, skąd się owa żyłka wzięła. Otóż Dziadek mój, którego zresztą nigdy nie poznałam, gdyż umarł przed moim narodzeniem na białaczkę, był zapalonym wędkarzem. Ojciec opowiadał, że przez całą szkołę podstawową Dziadek siłą wyciągał go latem na miesiąc na Mazury, dokąd podróż pociągiem z kilkunastoma przesiadkami trwała całą dobę. Podróż TAM to jeszcze było pół biedy, za to Z POWROTEM – istny koszmar. Nie dość, że te przesiadki, to jeszcze niepoliczalna ilość pakunków ze sprzętem wędkarskim i biwakowym (w tym pewnie także z naszą nieszczęsną żyłką), z oprawionymi i zasolonymi rybami z całego miesiąca połowu. Przy każdej przesiadce trzeba to było wszystko policzyć, a Dziadek, choleryk i pedant, nie lubił, gdy się cokolwiek zgubiło. Ojciec też nie lubił, kiedy się cokolwiek zgubiło, gdyż wtedy to właśnie dostawało mu się zawsze po głowie. Ojciec do tej pory wspomina wyprawy na Mazury z wielką niechęcią. Tym bardziej, że zabronione było zabieranie ze sobą książek i magazynów, gdyż głównym założeniem całego przedsięwzięcia miała być kontemplacja piękna natury. I tak oto, skoro świt, Dziadek ciągnął nieprzytomnego Ojca w stronę łódki, gdzie czekały już wędki, podbieraki, robaki i termosy z kawą zbożową. Śniadanie spożywane było na łódce w absolutnej ciszy, bo, jak już wspomniałam, rozchodziło się o delektowanie nieskażoną przyrodą, a nie o kłapanie dziobem. Poza tym, ryb płoszyć nie można było przecież. Wieczorem zaś następowało oprawianie i spożywanie ryb. I tak dzień w dzień.
Jak można się domyślić, wakacyjne wyprawy na Mazury wywarły wymierny skutek na życie emocjonalne i psychiczne nie tylko mojego Ojca, ale również, pośrednio, na moje. I nie chodzi tu tylko o fakt, że szczerze nie lubię ryb, a żyłkę wędkarską wykorzystałabym co najwyżej do nanizania na nią korali. Spoglądam na swój palec z pierścionkiem zaręczynowym Babci, który Dziadek kupił dla niej na Krakowskim Przedmieściu. Kim byłabym, gdyby Babcia wtedy tego pierścionka nie przyjęła? I gdzie jest żyłka?









