very Orwellian

We were at Stratford Station the other day. We were walking towards the Jubilee Line and we saw a few Police officers with dogs by where the barriers used to be. Keep walking, keep walking!, they shouted at us and other commuters. These are scanning dogs! Keep walking! Cold shiver run down my spine. Fuck, I thought to myself, looked at the dogs sniffing my bag and looked around. There were tens and tens of CCTV cameras all over the place. I saw them before but now it all fell into place. We were most probably filmed from the moment we left our house. We touched in with our Oyster cards so our route was being tracked. Our phones were sending signals so our calls were being recorded. The dogs didn’t detect anything but then, who knows? Maybe they detected my disturbing dreams from November of 2009 in which I was being chased by some strange men wearing black suits. I remembered their faces.

We continued our journey in silence. Loads of images kept running through my head. Keep walking! These are scanning dogs! Is THIS really happening?

***

In the Museum I managed to calm down. There are things that just Are.

Image

Image

Image

Image

Image

Am I right, Mar?

huile essentiele

Leżę na kanapie z prędkością jednej cytryny na godzinę. Katar i kaszel.
I jeszcze wcieram sobie w przeguby dłoni huile essentielle CITRON nabyty na targu w Marakeszu.
Tak naprawdę to mogłabym chyba teraz przyjmować cytrynę dożylnie.
(Haha! Nie mylić z czynnościami towarzyszącymi przyjmowaniu pewnego narkotyku z tak zwanej Class A)

Przynosi mi to ulgę.

Image

Leżę w gaju cytrynowym. Gołębie gruchają. Słońce odbija się w żółtych, nawoskowanych skórkach uroczo kontrastujących z lazurem nieba. Portugalskie sójki (o ile takowe w ogóle istnieją) pakują walizy, gdyż wybierają się za morze, a ja w kolorowym bikini i słomianym kapeluszu sączę domowej roboty lemoniadę. Wdycham zapach cytryn, otwieram zeszyt i sięgam po żółtą kredkę.
Czy dusza cytryny zamknięta jest w owocu czy raczej w cytrynowym drzewie? A może w olejku, który wtarłam w przeguby dłoni? Płyną sobie teraz powoli w moich żyłach cytrynie dusze. At 1 lemon an hour.

ptaki ptaszki ptaszyska

Ptaki.
Ptaszki.
Ptaszyska.
Moja Siostra ma na ich punkcie świra. Papuga jedna z drugą kołyszą się. Gadają. One naprawdę myślą, że są ludźmi. Czasem nawet, tak jak my, popadają w depresję. Wtedy obnażają sobie skórę na brzuchu i jest to widok wielce żałosny. Przypomina mi się zaraz ten nieszczęsny pelikan, który własną krwią wykarmia potomstwo. Jest taki obraz w kościele, w którym mnie ochrzczono: turpistyczny, barokowy bohomaz ociekający pelikanią krwią. Czasem trzeba było obok niego przystanąć w kolejce do konfesjonału, ledwo hamując torsje. Widok żarłocznych młodych rozrywających pierś matki wrył mi się w źrenicę. W mózg mi się wrył. Na wieki wieków. Ja chyba podziękuję.

ImageROA 2012

Image

ROA 2012

Image

ROA 2012

Image

Unknown, Bricklane

Image

Unknown, Bricklane

Image

Owl, by Me

entrées

Drzemki na kanapie w pełnym makijażu chyłkiem życiu wykradzione. O ileż głębsze, bardziej relaksujące niż szczotka, pasta i piżama!

Przedwiośnia. Zapachy zawiązków. Ekscytacja wyszukiwaniem pączków. Kiełków. Drżenie w oczekiwaniu. Na.

Wigile świąt zamiast nadętych celebracyj. Spotkania przy dyniach, pisankach, pierwszych gwiazdkach. Wiszące u powały wypchane skarpety.

O ileż bardziej smakują wykwintnie podane entrées! Falująca postrzępionością sałata. Bukiety warzyw. Konstelacje serów. Gniazda oliwek. Jej wysokość bruschetta i podskakujący marynowany grzybek. I kieliszeczek aperitifu na jedną i drugą nóżkę.

I pończoszka.

***

Dziś rano po raz pierwszy w moim emigranckim życiu (żuciu) po tej stronie Kanału La Manche znalazłam chleb cudo! Chleb marzenie! Poezja dla kubków smakowych! Owe cudo nazywa się San Francisco Sourdough i jest do nabycia w M&S. Mimo egzotycznej, godknowshowtrendy-brzmiącej nazwy, cudo owo smakuje jak zwykły nasz chleb powszedni dostępny w najbardziej nawet zapyziałym dzielnicowym spożywczaku za 1.30 PLN. Chleb na miarę prawdziwej Damy Chlebowej. Alleluja!

Bożeńcia

Bożeńcia nie słyszała różnic pomiędzy wysokością tonów. Dla niej es czy fis to jak dwa mlaśnięcia. Bożeńcia za to wiedziała, że aby zagrać es, należy użyć klawisza czarnego, drugiego w kolejności w danej oktawie, a dla uzyskania fes – klawisz biały numer trzy. Co więcej, Bożeńcia wiedziała, że fes, e i disis to ten sam ton! Inne dzieci nie miały o tym zielonego pojecia i przekonały się o tym dopiero później, gdy nadszedł czas. Póki co, powtarzały to, co pani zagrała na pianinie – perlistymi głosikami wyśpiewywały strzeliste gamy i opadające pasażami trele – ku chwale uśmiechniętych meduz zwieńczających sufity audytorium szkoły muzycznej pierwszego stopnia.

Potem było Bożeńci nieco trudniej. Zacząło się śpiewanie z nut. Bożeńcia nawet zarejestrowała za pomocą kasprzaka wszystkie ćwiczenia z Małego Solfeża*, które zagrał na pianinie tato. Próbowała się ich potem nauczyć na pamięć. Na nic się to zdało, bo wciąż miała z solfeża same pały. Bożeńcia tłumaczyła to stresem i niechęcią do niej pana od umuzykalnienia. Na koniec roku tato Bożeńci wybłagał u dyrektorki szkoły muzycznej, z którą niegdyś chodził  do liceum, naciąganą tróję dla swojej córki. Pomógł fakt, że Bożeńcia miała same piątki z teorii muzyki.

Dzieci lubiły Bożeńcię. Miała najładniejszy piórnik, różowe trampki na rytmikę i rozdawała wszystkim pachnące pewexem gumy balonowe. I nikt nigdy nie zauważył, że Bożeńcia płakała cichutko, stojąc w najtylniejszym rzędzie altów podczas zajęć z chóru. Tylko Meduzy wiedziały. Ach, Bożeńciu, Bożeńciu…

* Mały Solfeż, I.J.Lasocki, PWM, 1951.